wywiad, Duży Format, Fiolka Najdenowicz

[DUŻY FORMAT] "Fiolka Najdenowicz - Uciekła z Polski, by przeżyć. "W Londynie oddycham""

Dzień się nie skończył, więc chciałbym się też pochwalić, że w dzisiejszym wydaniu “Dużego Formatu” znajdziecie moją, olbrzymią rozmowę z Fiolką Najdenowicz.

To rozmowa o byciu sobą i wolności. O wolności w muzyce i życiowych wyborach. Nieszablonowych wyborach, które prowadzą do szczęścia. Przegadałem z Fiolką - dawniej wokalistką z “Fryderykiem” na koncie - kilka godzin, by opowiedzieć w tej rozmowie życie jednej z najbardziej niezwykłych osób, jakie znam.

***

Fiolka Najdenowicz: Czemu ty chcesz ze mną rozmawiać?

Wojciech Szot: Bo wydajesz mi się osobą, o której naprawdę można powiedzieć, że żyje tak, jak chce. Skąd ta wolność?

FN – Gdybyś jako nastolatek usłyszał od własnego ojca: „Zabraniam ci wszelkich kontaktów z twoją mamą", to później dbałbyś o to, by nikt ci jej nie odebrał. To moja historia. Nie umiem inaczej.

WSZ – Kiedy usłyszałaś te słowa?

FN – Gdy jako nastolatka wróciłam do Bułgarii.

WSZ – Ale zacznijmy od początku, czyli od tortu. Mama pojechała na święta Bożego Narodzenia do Nowej Dęby, skąd pochodziła. Była w ciąży i gdy zobaczyła tort… Zjadła cały na śniadanie. I dla mnie już nie było miejsca. Urodziłam się w Boże Narodzenie o trzynastej. Byłam piękna i tłusta. Mama miała 21 lat.

WSZ – Rodzice poznali się w Polsce?

FN – Ojciec studiował w Warszawie na politechnice, a mamusia na slawistyce. Była połowa lat 60.

Miałam osiem miesięcy, gdy postanowili przenieść się do Bułgarii, do Sofii. Zamieszkaliśmy w samym centrum, w olbrzymim mieszkaniu moich dziadków, którzy akurat wtedy byli na placówce w Ghanie.

Mama znalazła pracę przy polskiej ambasadzie w Sofii, w biurze radcy handlowego, a tata pracował w dziale handlu zagranicznego Balkancar, do dzisiaj istniejącej firmy produkującej wózki widłowe.

(...)

WSZ – Nie byle jaka rodzina…

FN – A jednak nie mam z nią żadnych kontaktów.

WSZ – Opowiesz?

FN – – Miałam dziewięć lat, gdy mój ojciec zażądał rozwodu. Dwa miesiące wcześniej urodził się mój brat, Iwo.

Mama, z niemowlakiem i mną, musiała wrócić do Polski. Zamieszkaliśmy w Warszawie. Wszystko było dobrze do czasu, gdy poszłam do liceum. Oczywiście ekonomicznego. Otóż nie skończyłam pierwszej klasy. Nie wiem, jak to się stało. Nie będąc osobą głupkowatą, miałam dwóje z każdego przedmiotu. Okazało się, że nauczycielki oczekiwały łapówki za poprawienie ocen. Ale jakąś edukację wypadało skompletować. Wtedy pojawił się pomysł, żebym pojechała do ojca do Bułgarii. Zgodził się natychmiast. Wydawało się, że wszystkie kłopoty za mną.

Gdy przyjechałam, zabronił mi kontaktów z mamusią. Kontrolował każdy mój krok. Przeszukiwał moje rzeczy, zupełnie się z tym nie kryjąc. Zabraniał mi się malować. Do dzisiaj pamiętam, jak wracam ze szkoły, a w pokoju wszystkie moje rzeczy leżą na podłodze. Gdzieś tam miałam ukryty puder. Oczywiście zniknął. To było straszne.

***

Cała rozmowa w “Dużym Formacie” i online w moim miejscu pracy.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz